poniedziałek, 12 października 2009

My favourite things

Tym razem będzie o muzyce i kilku około muzycznych historiach.



Chcę przedstawić kilka urządzeń, które umożliwiają mi oddawanie się jednej z moich ukochanych pasji-muzyce.
Nie są to li tylko urządzenia, kilka z nich to Rzeczy przez duże "R", które posiadają swego rodzaju duszę.

Pierwsza z nich to Fender Reggie Hamilton Jazz Bass Standard, czyli, krótko mówiąc Fender. Każdy, kto choć trochę otarł się o muzykowanie, zna tę niepowtarzalną markę, o której nie trzeba dużo opowiadać, wystarczyłoby podać listę wykonawców, którzy Fendków używają, a ich lista jest jak stąd do Peru.
Zaczynając swą przygodę z Hurtem, byłem wielokrotnie przez starszych stażem i bardziej doświadczonych kolegów namawiany na kupno tego właśnie basu, ale oczywiście jako zbuntowany, wiedzący lepiej, decydowałem się na przedziwne wynalazki o których lepiej już nie wspominać.
Miałem dużo szczęścia, bo mimo, że brand to brand, to czasem naprawdę trudno znaleźć ten właśnie model, który sprosta oczekiwaniom i w jego dźwięku będzie to Coś właśnie. Mnie się udało, za co będę dozgonnie wdzięczny Maczosowi.
Fender to Jaco, Larry Graham, James Jamerson, Marcus Miller i wiele jeszcze postaci, których wkładu w to, czym dziś jest elektryczny bas nie można przecenić..
To, co ten czarny skubaniec potrafi wyprawiać na żywo i w studio jest po prostu niesamowite. Przeogromne spektrum brzmieniowe stawia go w rzędzie instrumentów, z którymi na pewno już się nie rozstanę.

Kolejnym monstrum, które wpłynęło w niebanalny sposób na luksus i wygodę grania na żywo jest kolumna Ampeg SVT 410 HLF.
Ampeg to kolejna marka bez której trudno wyobrazić sobie arsenał basisty. Kolejny brand, który istnieje na rynku od kilkudziesięciu lat i raczej nie wspomina się o nim bez szacunku.
410 to coś, czego szukałem od lat niezbyt zadowolony z poprzednich urządzeń, których sprawdziłem setki. Jedne nie grały dołem, inne górą, jeszcze inne były po prostu urządzeniami, które zaraz po zejściu z taśmy produkcyjnej powinny trafić do recyclingu.
Kupno tej akurat paczki zakończyło moje poszukiwania, myślę, że na następnych kilka lat na pewno.
Jako, że jestem fanem tego swoistego "pieprznięcia po nogawach" na scenie, czarne Mru Mru zostanie w moim wyposażeniu na długo.

Do uruchomienia Mru Mru niezbędny jest wzmacniacz. W moim przypadku jest to od kilku lat Yamaha BBT 500 H, nieprodukowane już urządzenie, które acz  niedoceniane przez zawodowców potrafi zabrzmieć i to nielicho i porządnie zaskoczyć.. Jedynym jego mankamentem jest chyba tylko.brak lamp...
"Dvd" jak mawiamy na toto, potrafiło mi już zamordować kilka paczek, którym powysypywały się głośniki przy zetknięciu z mikrusem.
Dvd bedzie wymieniane, acz bardzo chciałbym je sobie zostawić. Czy tak będzie, zobaczymy.

I last but not least- OLP Tony Levin Signature, czyli to pięciostrunowe, żółte cosik po prawej. Również już dziś nieprodukowane.
Rozwinięcie OLP to Official Licensed Product, czyli kopia równie jak Fender znanej marki Music Man.
Urocze mrumranie i sążniście brzmiące doły skłoniły mnie do zakupu tej właśnie gitary i choć nie jest to oryginał, w zestawie z Ampegiem właśnie, trudno się do niej przyczepić. Nadaje się bardziej do mocniejszych brzmień, więc używam go częściej w Nation i muszę stwierdzić, że przepięknie wkomponowało się w brzmienie zespołu. Kilka dobrych lat służyło mi Olp w Hurcie, do którego dziś bardziej pasuje sound Fendera, w związku z tym, żółta siedzi sobie w futerale i czeka. Kolejne urządzenie, którego na pewno się nie pozbędę.

Mam nadzieję jeszcze parę lat pograć, pewnie też rozszerzy się arsenał, jest trochę sprzętu czekającego na kupienie i okopanie się większą ilością urządzeń służących do pełniejszego wyrażenia siebie
Pewnie nie omieszkam o tym napisać.

wtorek, 29 września 2009

Rzecz o psach, Internecie, etyce i zdrowiu w czterech odsłonach

Odsłona pierwsza-Bulteriery


To taka psia rasa. Każdy, kto kiedykolwiek widział jej przedstawiciela, raczej już go nie zapomni. Specyficzny, rzucający się w oczy kształt głowy, tułów jak beczka i małe, skośne oczka nie pozwalają pomylić bulla z żadnym innym zwierzęciem. Choć oczywiście zdarza się. Od dwunastu lat czasem słyszę, że prowadzę na smyczy pitbulla. Pytanie skąd wzięto tego nieszczęsnego pitbulla, pozostanie dla mnie już chyba na zawsze zagadką.
Więcej na temat rasy i jej historii można poczytać choćby tu:

http://www.bullterier.herbuquercus.com/content/view/11/58/lang,pl/

Nie na tym bowiem chcę się dzisiaj skoncentrować.
Kilka lat temu w poszukiwaniu wiadomości na temat żywienia i lepszej opieki nad starszym psem, trafiłem na psie forum.

Odsłona druga-Internet


Forum "niebieskie", nieistniejące już, znała chyba większość buszujących po necie właścicieli bulterierów. Była to największa baza danych na temat tych zwierząt w Polsce. Baza wyników wystaw, pełna rad wieloletnich hodowców i tych mniej zasłużonych, stawiających pierwsze kroki w tej dziedzinie, niezliczonej ilość zdjęć i różnych pierdół, co to na forach bywają.
Było to też, jak każde forum, miejsce, za pomocą którego pasjonaci rasy wymieniają spostrzeżenia, zawierają znajomości-niektóre przemijające szybciej niż reklama na słupie ogłoszeniowym, niektóre trwające po dziś dzień, była to w końcu tuba dla wszelkiego rodzaju hołoty, sfrustrowanej swoim powszednim dniem, szukającej najmniejszego powodu, by stanąć w literkowe szranki z resztą "onych", których świadomość należy w każdy z możliwych sposobów "naprostować". Żeby było bardziej mojsze niż ichsze.
Z różnych, przeróżnych powodów, nagle zaczęło być bardzo nieprzyjemnie, wzajemnych obelg, niesnasek, nienawistnych wręcz komentarzy i zaczepek zaczęło się tworzyć całe mnóstwo.
Wtedy wspomniane już wyżej "kluby" zaczęły myśleć nad swoimi własnymi forami, czyli miejscami, gdzie klubowicze mogliby w swoim własnym, "elitarnym" gronie podyskutować.
Takie fora powstały: "pomarańczowe" stworzone przez Mimi i Horacego i "szare", stworzone przez Sauron. Sauron to kobieta.
I nagle równolegle w bulterierowej przestrzeni zaczęły funkcjonować trzy fora, których userzy, których znów w kraju nie było tak wielu, codziennie logowali się w trzy różne miejsca poświęcone tej samej tematyce. Bzdura nie?
Ano bzdura, ale każdy ma prawo zakładać strony, blogi, fora czy inne wirtualne miejsca, w których w ramach ustalonych zasad, może sobie jakoś tam, po swojemu działać.
Myśl jakże naiwną, ale jakże piękną o jednej, mocnej ekipie psiarzy pod jednym sztandarem szlag trafił.
Trafiłem zatem na forum szare, było tam zarejestrowanych więcej osób z którymi trzymałem sztamę, z szefostwem pomarańczowego nigdy jakoś nie przypadliśmy sobie do gustu.
Zaczęło mi się wtedy pojawiać przedziwne, nieodparte wrażenie deja-vu: za "starych czasów" gdy nie funkcjonowały forumowe twory a Internet mieli wybrani, podobna sytuacja miała miejsce w grupie ludzi z którymi regularnie spotykaliśmy się, organizowaliśmy i jeździliśmy na wystawy i generalnie "psieliśmy", pojawiło się mnóstwo bardzo nieprzyjemnych sytuacji, co było głównym powodem rozpadu Klubu Przyjaciół Bulteriera, tak, naprawdę taki istniał, dziś, w sytuacji, gdy nie można założyć zwykłego klubu rasy, rzecz nie do pomyślenia..
Ale jak to zazwyczaj bywa, choćby w przypadku rzucania palenia, stwierdziłem, że może ludzie wydorośleli, może da się zrobić coś więcej nie rzucając się na siebie z wirtualnymi nożami.
Nie dało się.

Odsłona trzecia-Etyka


Niebieskie padło z hukiem. Na nic zdały się prośby i propozycje zmartwychwstania.
W tej sytuacji, gdy nie było się z kim żreć, zaczęto skakać do siebie nawzajem. Pierwszym sygnałem, że znów powstał rozłam, była sytuacja, gdy admin i moderatorzy zaczęli kasować posty, wprowadzać delikatna cenzurę, kasować linki i zmieniać edycję prywatnych profili użytkowników, na co patrzyłem z rozdziawionymi ślepiami i nie skrywanym, wciąż rosnącym zdziwieniem.
Wczorajsi "przyjaciele" stali się dla siebie otwarcie wrogo nastawieni.
Jakie były powody? Chorobliwa ambicja, kłamstwa i Biznes. Biznes i pieniądze, które u wielu zamieniają wizję świata, gdzie można funkcjonować obok siebie nie wchodząc sobie w drogę, ba, pomagając nawet, w kolorowe papierki, które należy mnożyć za pomocą najlepszego przyjaciela człowieka-psa.
A nawet Psa.
Wychodzę z założenia że nie należy czynić sobie z hodowli głównego źródła utrzymania. Zmieniające się priorytety odwracają uwagę od przyjemności, jaką daje widok zdrowego, pięknego zwierzęcia, a zaczynają brać górę względy finansowo-ekonomiczne, gdzie trudno o obiektywizm i estetykę.
Niestety, istnieją ludzie, którzy wychodząc z pozycji pasjonata rasy stali się fabrykantami nie zwracającymi uwagi na to, że z ich hodowli wychodzą zwierzęta głuche i chore, które kryte kolejnymi chorymi zwierzętami, wydaja na świat kolejne jeszcze zastępy cherlaków zdychających przyszłym właścicielom w wieku kilku miesięcy. I tylko ci ostatni wiedzą jak ciężko patrzyć na młode zwierzę, którego jedyną winą było to, że przyszły na świat w takiej, a nie innej hodowli.
Paradoksalnie, często zdarza się, że ci fabrykanci są właśnie najbardziej znanymi i poważanymi hodowcami....
Dowody, nazwiska? Do wglądu w redakcji.

W sytuacji, gdy działalność takich osób zaczęła przybierać kształt wręcz karykaturalny, gdy tajemnicą poliszynela stał się fakt, że jeden z najbardziej znanych polskich bulterierów jest głuchy, stanąłem okoniem i wtedy się zaczęło. Już nie byłem dobrym kolegą z "szołbiznesu", który może zaprosić na koncert i którego fajnie znać i pogawędzić na gg.
Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem bana na szarym, co wprawdzie uniemożliwia mi kontakt z wieloma osobami, które darzę sympatia, ale za to oczyściło mi przestrzeń z brudu i smrodu bagienka, jakim powoli staje się szare forum.
Generalnie, nie polecam.

Odsłona czwarta-Zdrowie


Jednym z powodów takiej a nie innej sytuacji stał się nowo powstały Serwis:

www.e-bullterrier.pl

Paradoks? Otóż niekoniecznie.
Serwis to portal poświęcony zdrowiu i pomagający promować zwierzęta przebadane, czyli takie, których potomstwo statystycznie częściej będzie zdrowe. Mam nadzieję, że w przyszłości hodowcy, którzy z sobie tylko znanych powodów nie badają, lub zatajają prawdę na temat wyników badań, będą sprzedawać mniej szczeniąt, że to w normalnym społeczeństwie wpłynie na sposób ich postrzegania przez potencjalnych właścicieli szczeniąt.
Niestety, co logiczne, taka sytuacja nie leży w interesie osób, które świadomie "wypuszczają" na świat chore zwierzęta. Stąd więc starcia, jakich na forach czy w rozmowach prywatnych na pewno jeszcze nie zabraknie.
Serwis nie powstał z powodu starć, złośliwości czy innych małych przypadłości. To strona poświęcona zdrowiu, i jeszcze raz zdrowiu.
I mam nadzieję, że takim pozostanie.


/Zdjęcia z Międzynarodowej Wystawy psów we Wrocławiu w żadnym stopniu nie nawiązują do tematu, po prostu je lubię/

wtorek, 15 września 2009

Barwy, złoto i radość na gębie


Jak to jest, że potrzebujemy zwycięstw i wygranych jak powietrza?
Czy faktycznie jesteśmy narodem smutnych, szarych robotków?
Otóż wychodzi na to, że nie jesteśmy, ale faktycznie trudno nam się cieszyć z życia na co dzień. Potrzebujemy wielkich, głośnych sukcesów, żeby nasza mała, słowiańska dusza eksplodowała z nadmiaru radości. Wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować z uśmiechem nieschodzącym z gęby przez długi czas i nagle okazuje się, że alko przelewane w wielkich ilościach przy tego typu okazjach jest tylko dodatkiem, nie zaś głównym powodem wszelkich irracjonalnych zachowań z darciem gęby po nocach włącznie.
Nagle okazuje się, że nieznani sobie ludzie potrafią śmiać się do siebie na ulicy i mówić sobie "cześć!" niczym na szlaku w Bieszczadach.
Fajnie? fajnie, tylko czy życzyć sobie więcej sukcesów w sporcie, w życiu? a jak się znudzi od nadmiaru radości?..
Chłopaki od Castellaniego zdobyli mistrzostwo Europy, w ludzikach zagościła radość dawno nie widziana i tak potrzebna. Dzień później pijana radością ludożerka oczekiwała siatkarzy na placu defilad nomen omen. Trzeba było widzieć miny przyjezdnych z zagranicy wychodzących z dworca głównego ;)
Kilka ujęć z tego wydarzenia.
Swoja drogą, ciśnie się tekst Grabaża: "..kiedy słyszę tego kraju hymn/ciągle jeszcze mi staje..".

piątek, 11 września 2009

Saskerland

Jadę znów na Saskerland.

Saskerland to takie miejsce "wypełnione wibracją" jak mawiają klasycy raggamuffin i faktycznie coś w tym jest. Niby to Praga, ale taka nie praska, niby Warszawa, ale nie warszawska.
Doskonałe miejsce, żeby się zaszyć i odpocząć od zgiełku i hałasu wafki, choć paradoksalnie, jest usytuowana w jej centrum.
Ale co jest w tej dzielnicy takiego charakterystycznego? Otóż w tym sęk, że Saska Kępa jest jednym z tych niewielu miejsc w stolycy, gdzie można zjeść na ulicy-jedne z najlepszych knajp i jadłodajni w mieście, to nie ściema, ani żaden lokalny patriotyzm!
-na ulicach widuje się wciąż te same gęby, co sprawia, że można poczuć się jak w małym mieście, a taki mikroklimat lubię
-bliskość Parku Skaryszewskiego, jednego z najmniej chyba zeksplorowanych parków w mieście, a jakże urokliwego i wręcz stworzonego na powolne tuptanie
-wymarzone miejsce na spacery dla tych, którzy pragną doznań estetycznych związanych z architekturą i ochoty na zaszycie się w maleńkie uliczki, gdzie czas się potrafił zatrzymać
-największa chyba w mieście ilość wszelkiego autoramentu artystów na metr kwadratowy, co widać zwłaszcza w starej części dzielnicy

Reasumując: świetne miejsce dla zalatanych ludzików XXI wieku, nie żebym się do nich zaliczał ;)

Dziś będę tam gościł całą Hurtową ekipę, mam nadzieję, ze rano będzie co zbierać..

Dobrze, że Aśka wraca i sobie pomieszkamy. Może znów zaprosimy Margolciów. Czas najwyższy trochę odpocząć od mnóstwa smutnych sytuacji z początku września, a miejscówka nad Kanałkiem jest do tego wymarzona


sobota, 5 września 2009

To może parę zdjęć

Fotografią-tak jak i muzyką, ale o tym w swoim czasie-się śni, je, oddycha a czasami pierdzi.
Tak się jakoś stało, że się rozlało i z przypadkowego użytkownika małpek-najpierw Minolty, później Coolpixa, się zrobiłem wariatem-nikoniarzem, co nie znaczy, że mam coś przeciw Canonom, chciałbym kiedyś porządnie sprawdzić kilka z nich, intryguje mnie kompletnie inna niż w Nikonach kolorystyka, no, może jeszcze parę innych rzeczy. Nie rzucam nazewnictwem, bo nie o to chodzi, zresztą, nie znam się.
Przez Aśkę się wkręciłem i jej zawdzięczam fakt, że mam dziś z fotografowania tyle radochy, czasem dumy, momentami wkurwa, choć tego ostatniego coraz mniej.
Ble ble ble..
Do rzeczy: zacznę od Kdt, a dokładnie od tego, co się działo w Wafce 21 lipca.
Wstałem o świcie, czyli koło jedenastej i włączając tivi zobaczyłem co się dzieje pod Kdt, zdając sobie również sprawę, że kiedy ledwie tydzień wcześniej byłem zrobić kilka ujęć na Wiejskiej, dowiedziałem się o dacie zajęcia Kdt przez komornika, czyli klasyczne "brawo marian, dobrze, ze pamiętałeś"...
Szybkie śniadanie czyli kawa i szlug i w parę machnięć ogonem byłem na miejscu.
Pomijam aspekt prawno-społeczno-polityczny tego wydarzenia, może innym razem, choć przyznaję, ze będąc w środku, z naciągniętą na usta mokrą szmatą-to jest bardzo dobry sposób na gaz rozpylany przez ochroniarzy-bliżej mi było do pracowników niż do urzędników miejskich czy policji, nie mówiąc o firmie ochroniarskiej, której nazwę przemilczę, bo to już było kompletne bydło.
Sytuacja była bardzo napięta, widać i czuć było, że to nie przelewki i zaraz się zacznie.










Niżej już Marszałkowska około 14 /dobrze, że jest coś takiego jak exif../
Środek stolicy, kompletny korek, armatki wodne, ludzie często całkiem przypadkowi, zainteresowani wydarzeniami w mieście, mieli przed oczami lata osiemdziesiąte..







Skończyło się jak się skończyło, lokal został przejęty, niedługo nie zostanie po nim ślad, kolejny bzrydal zniknie z mapy miasta. Brzydal dający pracę kliku tysiącom ludzi, brzydal, w którym robiło zakupy kolejne kilkadziesiąt tysięcy, brzydal kojarzący się z centrum miasta co najmniej jak Pkin.
I oto kolejna historia została zamknięta.

Fotoobropomyślunki

Najpierw był pomysł.
Potem była fota. W Sandomierzu.
A nawet trzy foty. /za termin "fota" Ansel Adams by mnie zastrzelił, on mawiał "photographs"../
A potem było długo Nic.
I znowu Nic. Może nawet większe.
I nadejszła wiekopomna chwila, o dziwo, najczęściej nachodzą mnie takie pomyślunki na spacerze z Białym.
A potem siłowanie z szopem, który mimo, że jest mega pomocnym narzędziem w tworzeniu CzegośTam, posiada te ograniczenia, że trzeba posiąść naprawdę dużą wiedzę na jego temat, żeby móc powiedzieć: "Umim"!
Mimo trzydziestu pięciu milionów tutoriali w kompie, oczywiście w środku odezwało się "ja siam!", więc trzeba było wziąć się do roboty.
I wyjszło takie cuś:

Cuś zostało nazwane Święta Trójca Z Maziajami.
Święta bo Jarek-czyli osoba na zdjęciach-ma taką ksywę od lat, zreszta jakoś tak mi się skojarzyło.
Wiem, wiem, mnóstwo takich rzeczy widzi się w necie, całe halo w tym, żeby zrobić to samemu, a jak!
Maziaje do poprawienia, mogło by toto być nieco większe i takie tam.
Teraz tylko mam nadzieję, że przy następnym razie nie zapomnę jak to zrobiłem..

piątek, 4 września 2009

Spike za TM [*]



Uśpiłem dziś psa. Nie swojego, Didżej żyje i ma się dobrze i niech tak zostanie. Uśpiłem Spajka, 10-11 miesięczną sierotę znalezioną przez straż miejską i przywiezioną do schronu. Błąkał się po Wrocławiu, tak jakby każdy bulterier był tak codziennym zjawiskiem na ulicach wielkiego miasta jak masa tuptających tu i ówdzie watah kundli.
W każdym razie znalazł się w schronie i jakiś czas później dowiedzieliśmy się o jego istnieniu od Justyny, której cholernie przypadł do gustu biały, głuchy pies. To właśnie głuchota mogła być, a przynajmniej chcę w to wierzyć, głównym powodem jego nieprzystosowania, wiem, jest dużo głuchych psów żyjących z ludźmi i wszyscy dają radę. Ten nie dał.

Nie dał też rady dogadać się z ludźmi u których był w domu tymczasowym, nie mogliśmy wydać go nie wiedząc jak się będzie zachowywał w domu i mieliśmy rację..
Nie mi osądzać czy źle trafił czy "tak po prostu miało być", na pewno pojawiły się błędy i jestem tego świadom, tak samo jak w przypadku każdego innego psa adopcyjnego: Frytki, Ponga, Mosada i wielu, wielu innych, które żyją i mają się dobrze i złoci ludzie, którzy się nimi zajęli dali im tyle ciepła tak potrzebnego w ich popapranym życiu. Spajk tyle szczęścia nie miał.
Musiał odejść i jest mi z tym ciężko. Pierwszy raz w życiu byłem przy usypianiu psa, a ten mały, energiczny, skaczący, machający wiecznie ogonem skubaniec naprawdę przypadł mi do gustu.
Nie chciał odchodzić, wiedział co się święci i całą swoją psią naturą protestował ile się dało. Trafił na silniejszego od siebie.
Odszedł szybko, cicho popiskując i było po wszystkim.. Tak po prostu.

Ciężko..

Będę Go odwiedzał, nie zostawiliśmy go "do utylizacji", to mu się należało, normalnie, z honorami, w końcu to bulterier..
Leży sobie w towarzystwie kota, którego pewnie już gdzieś gania w innym wymiarze, pod wielkim, rozłożystym dębem jakie można spotkać chyba tylko w Stumilowym Lesie, przy szemrzącym cicho strumyku, który pomoże mu dziś zasnąć.

Trzymaj się Bratku, niezły był z Ciebie herbatnik, spotkamy się po drugiej stronie czy gdzieś tam, gdzie na pewno usłyszysz jak będę Cię wołał, a jak znowu zrobisz mi dziurę w kurtce to dostaniesz bęcka i pójdziemy sobie dalej.


Wrześniowo dzień dobry!

Blog? a po co blog? żeby wszyscy wiedzieli co, o kim i o czym myślę? bez sensu.. a może właśnie o to chodzi? żeby wyrzygać kilka słów, które nie przechodzą czasem w prywatnej rozmowie, na forach, w komunikatorach?
No, niech będzie, ale uprzedzam, że miło i sympatycznie nie będzie, z wazeliną mi nie po drodze, za to z uczciwą, rzetelną-mam nadzieję-i sprawiedliwą krytyką bardziej.

Witam w moim bulterierowo-muzyczno-fotograficznym świecie