
Jak to jest, że potrzebujemy zwycięstw i wygranych jak powietrza?
Czy faktycznie jesteśmy narodem smutnych, szarych robotków?
Otóż wychodzi na to, że nie jesteśmy, ale faktycznie trudno nam się cieszyć z życia na co dzień. Potrzebujemy wielkich, głośnych sukcesów, żeby nasza mała, słowiańska dusza eksplodowała z nadmiaru radości. Wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować z uśmiechem nieschodzącym z gęby przez długi czas i nagle okazuje się, że alko przelewane w wielkich ilościach przy tego typu okazjach jest tylko dodatkiem, nie zaś głównym powodem wszelkich irracjonalnych zachowań z darciem gęby po nocach włącznie.
Nagle okazuje się, że nieznani sobie ludzie potrafią śmiać się do siebie na ulicy i mówić sobie "cześć!" niczym na szlaku w Bieszczadach.
Fajnie? fajnie, tylko czy życzyć sobie więcej sukcesów w sporcie, w życiu? a jak się znudzi od nadmiaru radości?..
Chłopaki od Castellaniego zdobyli mistrzostwo Europy, w ludzikach zagościła radość dawno nie widziana i tak potrzebna. Dzień później pijana radością ludożerka oczekiwała siatkarzy na placu defilad nomen omen. Trzeba było widzieć miny przyjezdnych z zagranicy wychodzących z dworca głównego ;)
Kilka ujęć z tego wydarzenia.
Swoja drogą, ciśnie się tekst Grabaża: "..kiedy słyszę tego kraju hymn/ciągle jeszcze mi staje..".







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz